A grafiki jak nie było, tak nie ma.
Mam dla Ciebie jedynie kilka prostych słów, niedbale zapisanych na kartce papieru, by nie umknęły.
Mam dla Ciebie jedynie uśmiech i garść naprędce skleconych, miłych zdań na poprawienie nastroju.
Mam dla Ciebie jedynie uścisk dłoni i buziaka w policzek na przywitanie.
Mam dla Ciebie jedynie bukiet zerwanych po drodze kwiatów, śpiew słowika w pudełku i zapach wiatru w słoiczku.
Mam dla Ciebie jedynie przyjaźń i serce gorące, gotowe do pomocy i poświęcenia.
Mam dla Ciebie jedynie to, co każdy dać Ci może. Nic nadzwyczajnego, nic, co byłoby godne Twojej uwagi i czasu.
Ale mam dla Ciebie coś jeszcze, czego nie ma nikt inny. Dwa słowa, których nigdy nie wypowiem. dwa słowa, które boję się wypowiedzieć. By nie spowszedniały, by nie stały się częścią szarej codzienności.
wtorek, 29 grudnia 2009
sobota, 5 grudnia 2009
Gdy życie kręci się wokół jednego...
Wyglądem i grafiką się nie przejmujcie... Wszystko w swoim czasie, a póki co, jakoś nie mam serca się za cokolwiek zabierać.
Słowa, słowa, słowa. Z nich żył, one go utrzymywały. Z zawodu dziennikarz, z zamiłowania niedzielny poeta, przelewający swe smutki i żale na Bogu ducha winny papier. Życie kręcące się wokół słów, kilku zlepionych ze sobą zdań.
Rutyna, rutyna, rutyna. Każdy dzień, wyglądający niemal identycznie jak poprzedni, a jednocześnie będący zapowiedzią następnego. Ranna kawa, praca, praca, dom, sen, kawa, praca...
Kiedyś myślał, ba! był święcie przekonany, że praca dziennikarza jest ekscytująca i pełna przygód. Tymczasem od przeszło dziesięciu lat tkwił za biurkiem, poprawiając błędy tych niedouczonych grafomanów, jak nazywał w myślach innych dziennikarzy. W głębi duszy im zazdrościł. Zawsze byli na miejscu, w centrum wydarzeń, to o nich się mówiło, to ich się chwaliło.On, dbający o to, by artykuły nadawały się do przeczytania, pozostawał w cieniu, nieznany, zapomniany.
Miał jedną, jedyną szansę na wybicie się. Szansę, którą idiotycznie zmarnował, przekonany, że będzie setka innych. Gdy jako początkujący dziennikarz naiwnie wierzył, że wystarczy kilka dobrych tekstów, by się wybić.
Alvito miał czterdzieści lat, żadnych pociągających perspektyw, kiepskiego psychologa, świadomość nieudanego życia, i karpia w akwarium. Nie miał nawet własnego mieszkania; wynajmował kawalerkę w bloku na przedmieściach.
Pewnego dnia, po powrocie z pracy, zauważył, że ryba pływa do góry brzuchem i nie wygląda na jakoś specjalnie żywą. Wywiózł ją więc do lasu na pożarcie lisom, po czym pogrążył się w jeszcze większej nostalgii niż wcześniej.
W TV leciała relacja ze skoków narciarskich. Komentator zachwycał się popisowym lądowaniem, skoczek szczerzył się do każdej kamery, którą mijał. Poirytowany jego sukcesem Alvito, złorzecząc pod nosem, wszedł do kuchni.
Duszkiem wypił kilka drinków, jednego po drugim, ale wciąż było mu mało. Wreszcie chwycił za butelkę i pociągnął kilka potężnych łyków. Wódka zapiekła go w przełyku, wyciskając z oczu łzy. Poczuł, jak robi mu się gorąco.
Północ powitał pijany. Z rozżaleniem narzekał na niesprawiedliwość świata i przeklinał własną nieudolność, by dojść do wniosku, że to wszystko jest bez sensu i należy coś zmienić.
Chwiejnym, niepewnym krokiem podszedł do okna i otworzył je na oścież. Tym razem zimny podmuch wiatru nie przyniósł otrzeźwienia. Tym razem nie czuł nic. Wszak alkohol dodaje odwagi, czyż nie?
Stanął na parapecie i spojrzał w dół. I skoczył. Ot tak, po prostu. Skoczył. Z obłąkańczym śmiechem na ustach, szaleństwem w oczach.
Niemalże natychmiast pojawili się gapie i dziennikarskie hieny, żerujące na cudzej tragedii. Sępy, których tak nienawidził. Lokalny brukowiec w poświęcił mu dwie strony, obrazowo opisując zmasakrowane ciało, szarawy mózg na chodniku i krew.
A nad miastem krążył bóg śmierci, wypatrując kolejnej ofiary.
Subskrybuj:
Posty (Atom)