Miałeś kiedyś wrażenie, że wszystko, co robisz, w co się angażujesz, wkładasz serce i duszę - jest nieważne? Zaczyna się dobrze i jest tylko po to, żeby się później skończyć źle? Tak? To fajnie, jest nas dwoje. I... Idę o zakład, że będzie dużo, dużo więcej. Czemu? Bo szczęście to kurwa; przychodzi, a gdy uzna, że odwaliło swoją część roboty, zabiera dupę w troki i idzie do kogoś innego, żądając przy tym od Ciebie zapłaty.
Do podobnych wniosków doszła Alice.
Długie godziny spędzała, włócząc się po lesie za miastem. Lubiła tę ciszę i spokój, które w nim panowały. Nikt nie krzyczał, nie słychać było aut ani zwykłego, miejskiego gwaru. Nieraz zapuszczała się w samo serce lasu, tam, gdzie nie pojawiali się amatorzy pieszych wędrówek, jedynie leśne zwierzęta i tacy jak ona, znający dobrze ścieżki, poszukujący spokoju i miejsca dla siebie.
Tam, w jej miejscu, stała baszta - pozostałość po murze obronnym sprzed wielu, wielu lat. Przychodziła tam zawsze, gdy miała jakiś problem lub chciała się nad czymś w spokoju zastanowić. Miejsce to pokazał dziewczynie jej ukochany Dziadek, gdy była mała. Chodzili tam razem, a gdy zachorował i zmarł, polana, na której stała baszta, stała się dla Alice jak drugi dom; należała tylko do niej. Ptakom powierzała swoje myśli i pragnienia, wiewiórkom biegającym po ziemi opowiadała o trudach dnia codziennego i zmartwieniach.
Nie wydawało jej się dziwne, że mówi sama do siebie. Dla niej było to jak pamiętnik, tyle, że różniło się nieco formą wypowiedzi. Drzewa przechowywały każde jej wspomnienie i było to o tyle lepsze od zwykłego zeszytu, że nikt nie mógł tego zobaczyć. A najwierniejszym jej słuchaczem była sama baszta.
Gdy była młodsza, lubiła wyobrażać sobie, że na szczycie stoi piękna księżniczka i z utęsknieniem czeka, aż jej ukochany książę pojawi się, by ją stamtąd zabrać. On jednak nigdy nie nadjeżdżał, a samotna księżniczka wciąż czekała. Czasami oczyma wyobraźni widziała siebie, jako tę właśnie księżniczkę. Wtedy sama, sobie tylko znanym sposobem uciekała z wieży i wiodła spokojne, szczęśliwe życie w leśnych ostępach.
Później, gdy wspominała swe dziecięce mrzonki, Alice nie mogła powstrzymać śmiechu cisnącego się na usta.
Stara baszta często zaprzątała jej myśli. Ciekawiło ją, co jest w środku, jak wygląda, czy zachowały się schody, po których mogłaby dostać się na górę?
Nigdy jednak nie miała na tyle odwagi, by do niej wejść. Wieża była dla niej częścią zupełnie innego świata, swego rodzaju sacrum. Zwierzęta przychodziły i odchodziły, drzewa gubiły liście, a ona stała, niszczejąca, w formie niemalże niezmienionej. Pamiętała każde jej słowo, echa uczuć przechowywała w murach. Alice czuła, że za to należy jej się szacunek i podziękowanie. Wejść oznaczało naruszyć jej tajemnicę. I choć umysł podpowiadał dziewczynie, że wewnątrz nie ma nic oprócz kamieni, pająków i może jednego czy dwóch zaskrońców, Alice wolała słuchać głosu serca.
Lecz pewnego razu Alice nie przyszła. Ani na drugi dzień, trzeci... Nie pojawiała się przez ponad miesiąc, choć baszta czekała na nią każdego dnia, aż do zmroku.
Wróciła dopiero rok później. Powoli, niepewna, czy baszta przyjmie ją z powrotem po tak długiej nieobecności, weszła na polanę. Usiadła pod murem, lekceważąc fakt, że w każdej chwili cegła mogła spaść na nią. Cieszyła się, że w dalszym ciągu może tu przebywać.
Baszta zauważyła jednak w zachowaniu Alice pewną zmianę. Nie była już tak rozgadana, chód miała ociężały, jakby była bardzo zmęczona. W głosie dziewczyny brakowało tej charakterystycznej dla niej wesołości, w spojrzeniu blasku. Baszta nachyliła się nad nią, ciekawa, co też usłyszy. Alice długo milczała, z zamkniętymi oczami przytulając się do jej muru jak do przyjaciółki.
- Wybacz, że tak długo to trwało. - wykrztusiła wreszcie. - Pewnie chcesz wiedzieć, co się działo...
niedziela, 11 kwietnia 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)